Demony nocy

Demony nocy

Poza piekarniami i klubami  go-go, praca w takim trybie należy do rzadkości. Pozornie wydaje się mało ekonomiczna. Jej krytycy powołują się na rytm dobowy człowieka, dowodząc, że jego zaburzenie prowadzi do szeregu chorób. Ale wcale nie chodzi tu o troskę. Istnieje bowiem powszechny, lecz niewypowiedziany wprost, brak akceptacji dla czegoś, czego nie potwierdza społeczny dowód słuszności. Inni tak nie robią. Nie bądź dziwny.

Praca w nocy, bo o niej mowa, przynosi szereg korzyści (oczywiście tym, którzy decydują się na nią nie tylko świadomie, ale i ochoczo). Za oknem (właściwie z obu jego stron) cisza. Natrętne słońce nie wdziera się przez szyby, ani też jesienna szaruga nie wysysa sił. Jest ciemno. Niemal czarno. Gwiazdy i księżyc są przyjazne. Można zebrać myśli, nie trzeba gnać na spotkanie, na pocztę, na obiad, do kogoś. Tak pracował Marcel Proust, pisząc nomen omen, „W poszukiwaniu straconego czasu”. Tak pracował też… Stalin (to jedna z jego najbardziej charakterystycznych cech, jakie utkwiły mi w głowie). Choć w tym przypadku pewnie był to raczej wynik paranoi. No i ceniony przeze mnie Balzak (na którym chciałem uczyć się prozy i zabrnąłem w ślepy zaułek, gdzie czekała sterta przeterminowanych słodyczy).
Pisząc w nocy, trzeba spać w dzień. A dzień sypianiu nie sprzyja. Jest głośno. Dzwoni telefon. Ktoś biegnie korytarzem, ktoś się na nim wywraca. Słońce ogrzewa mury (no chyba że jest zima – wtedy niczym Buka w Muminkach – nadciąga chandra). Obiad, ludzki posiłek. I poczucie bycia leniem. Jak w słynnej scenie z „Dnia świra”, kiedy indagowany przez Miauczyńskiego pracownik Zieleni (Zbigniew Buczkowski rules!) mówi: „Normalni ludzie o tej porze w pracy siedzą!”. A więc znowu – panująca jak dżuma w Wenecji, dezaprobata (a może i pogarda) wobec porządku innego niż ten powszechny. Chyba że się piecze chleb lub tańczy w bieliźnie.

Rozgrzesza nas jedynie mitologia (pogańska religia może rozgrzeszać? that is the question!). Dla Greków noc była boginią. Miała na imię Nyks, a jej ojcem był Chaos (co za symbolika rozwalonego dnia!). Mistycznie i onirycznie (czyli fantastycznie) prezentuje się również potomstwo Nocy. Wydała na świat bliźnięta: Tanatosa (boga śmierci) i Hypnosa (boga snu). Grecy zwykli podkreślać silną więź łączącą obu braci. Sen kojarzył im się ze stanem śmierci. W końcu człowiek śpiący nie wie, że żyje naprawdę. Doświadcza więc po trosze stanu nieżycia, będącego przedsionkiem nieistnienia. Ich przyrodnią siostrą była Lysse – uosobienie szału. Mamy zatem europejski romantyzm z jego tajemnicą i mrokiem, w pełni.  Jeszcze ciekawsze wydają się demony, które Noc urodziła bez spółkowania z mężczyzną (było można wtedy, można i dziś). Był to Momos (symbol szyderstwa), Apate (zdrada), Moros (los, zwłaszcza zły), Eris (konflikt) i na koniec coś dobrego, czyli Filotes, będąca upostaciowieniem czułości. Cała ta kolorowa gromadka przypomina motywy, które królują w literaturze pięknej od samych jej początków. Czy nie one sprawiają, że z wypiekami na twarzy wracamy do książki? Albo że mimo zmęczenia, przewracamy kolejną kartkę słysząc swój przyspieszony oddech? Sztuka rzadko jest z lukru, a sacharoza nijak ma się do emocji. Co innego ciasteczko, co innego ekstaza.
Jako swój najgorliwszy krytyk – zapytam zaczepnie: czy praca w nocy jest aż tak beznadziejna, że trzeba szukać dla niej uzasadnienia w mitologii? Mowa o emocjach, a jakie to niby emocje budzi bajdurzenie o zapomnianych bóstwach? Poza tym, co wyjątkowego jest w życiu nocnym (nie clubbingu), by rozwodzić się nad nim, jak nad ojczyźnianą Litwą? Jeśli ranne ptaszki miałyby wylewać żółć z powodu nocnych sów – to chyba właśnie przez tą całą paplaninę. Zmanierowanie nocnych duchów. Bohemiczne aspiracje. A życie życiem. I można by tak jeszcze okładać się samemu po mordzie, dodając argument koronny. Że niniejsze zdanie piszę w samo południe.

Comments are closed.