Jak kształcić?

Jak kształcić?

Kończąc kolejny rok akademicki postanowiłem zebrać kilka przemyśleń dotyczących kształcenia akademickiego. To nie tylko wnioski wykładowcy, ale również (nie wiem, w jakiej proporcji, ale znacznej) odwiecznego poszukiwacza. Moja studencka kariera wiodła przez szereg dróg. Z niektórych schodziłem szybciej niż początkowo zakładałem, inne ku mojemu zdumieniu wydeptywałem do końca, na następne wkraczałem świadomie, by z impetem kroczyć do celu. Spośród około dziesięciu kierunków studiów, które rozpocząłem (obecnie jest to chyba już 10+), ukończyłem połowę. Nie zamierzam kreślić laurki, głoszącej, że każda pomyłka okazała się wielką nauką. Bzdura. Cenniejszy jest dla mnie (paradoksalnie) wewnętrzny niepokój, który skłania mnie do poznawania.

Jednym z obszarów, które z tym niepokojem śledzę, jest szkolnictwo wyższe. Tworzenie nowych kierunków to proces fascynujący. Pamiętam  zaintrygowanie, którego doświadczyłem, rozpoczynając w 2008 r. filologię: wiedzę o kulturze śródziemnomorskiej. Był to moment jednego z pierwszych wysypów nowatorskich studiów na moim uniwersytecie. Co było w tym intrygującego? Nieszablonowość. Nie była to ani filologia klasyczna, ani italianistyka, ani kulturoznawstwo. Była to filologia: wiedza o kulturze śródziemnomorskiej. Kierunek, który integrował wiedzę i kompetencję z wielu obszarów, w żadnym jednak się nie zasklepiając.

Być może jednak powinienem zacząć od czegoś innego. Mianowicie studiów międzywydziałowych, które były moim pierwszym wyborem. Choć idea tych studiów, zaczerpnięta z amerykańskich college’y zapowiadała się znakomicie, to praktykę przesiąkała biurokracja, dezinformacja i zagubienie. Wielu z nas ten system przeklinało, nie przeklinając jednak idei, jaka legła u jego podstaw. Po pełnej przygód wędrówce (albo może – obecnie na innym jej etapie, bo przecież jestem wciąż uczestnikiem akademickich realiów), po poznaniu wielu ciekawych ludzi po każdej ze stron tej złożonej figury, jaką są studia i uczelnia, uważam, że kształcenie szerokie, wieloaspektowe ma niezmierzoną wartość.

Pojawia się jednak pytanie, jak w obliczu dążenia do modelu studiów praktycznych, nastawionych na zdobywanie szlifów zawodowych (licencjat i magister to w końcu tytuły zawodowe, nie naukowe), pogodzić rozległe poznawanie świata z doskonaleniem się w konkretnej specjalności? Dążenie do tego ideału (osiągalnego ideału) to w gruncie rzeczy poszukiwanie formy pojemnej. Taki cel przyświecał od stuleci literatom pragnącym wyrazić możliwie najwięcej – bez ciężaru zamykania się w gatunku. Takie założenie powinno stanowić metę wysiłków twórców współczesnych ofert kształcenia.

Przed ukazaniem propozycji składowych takiego kolażu, należy zadać sobie pytanie, czy absolwent naszego kierunku powinien być osobą wykształconą. To nie dowcip, ani ironia. To realny dylemat, przed którym dzisiaj stajemy. Można mieć na koncie dyplom uczelni wyższej i w żadnej mierze nie spełniać (intuicyjnie rozumianego) kryterium statusu człowieka wykształconego. Można także być osobą wykształconą, choć nie mającą tytułu ani stopnia naukowego. Częściej taką osobę nazywamy oczytaną, posiadającą rozległe horyzonty. A przecież wykształcenie nie musi być formalne. Kiedy jednak formalnym jest, wydaje się, że jego posiadacz powinien na miano wykształconego zasłużyć. Absolutnie nie w tym rzecz, by usiłować z każdego adepta uczynić omnibusa. Nie kształcimy przedwojennej inteligencji w gimnazjum klasycznym i na wzniosłych katedrach. Co nie oznacza, że rezygnujemy z przekazywania najlepszej wiedzy, jaką wypracowaliśmy do momentu, w jakim obecnie się znajdujemy.

W mojej ocenie studia idealne (takie, na które sam bym się jeszcze pokusił) – warto, aby składały się z następujących komponentów:

Moduł wiedzy ogólnej, tj. humanistyczno-społecznej, bez której dobry grafik, copywriter czy projektant urządzeń mobilnych nie będzie w stanie na tyle rozumieć otaczającego go świata, by odpowiadać na jego zapotrzebowania. I aby rozumieć to, co ukryte między wierszami. Ironię, analogię, metaforę, topos kulturowy.

Teoretyczne i tożsamościowe podłoże wiodącej specjalności. Bez znajomości podstawowych założeń, z których wypływa cała praktyka oraz choćby minimalnej świadomości historii tej dziedziny, nie wiemy, skąd przychodzimy i jakich błędów musimy unikać, by nie schodzić ze ścieżki postępu.

Dążenie do przedstawiania szerokich fundamentów empirycznych nauczanych dziedzin i metod. To warunek zaufania do tego, co się robi, ale także jeden z warunków zaufania do nauczyciela. Wezwanie „pokaż mi dowody” nie tylko głosili najwięksi myśliciele Dalekiego Wschodu, ale i współcześnie jest to zasadnicze przykazanie nauki, a nawet hasło poznawczo-behawioralnych metod pomocy psychologicznej. To ostatnie nie powinno dziwić. Człowiek borykający z problemami natury emocjonalnej może skutecznie je przezwyciężyć przeformułowując swoje nierealistyczne przekonania na temat samego siebie i świata.

Pochwała multidyscyplinarności. Postawa taka – mimo że ogólnie chwalona, czasem nawet prezentowana jako ideał wykształcenia, zwykle wymyka się procedurom formalnym, zwłaszcza przy awansach naukowych. Nie można być magistrem wiedzy międzykierunkowej ani też doktorem takiej dyscypliny. System determinuje więc nasze wybory, co nie oznacza jednak, że jesteśmy skrępowani w swoich dociekaniach.

Jako przykład chętnie przywołuję postać Rogera Sperry’ego, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny, którego cytat jako motto nie bez powodu zamieściłem na swojej stronie internetowej. Sperry z wykształcenia był… literaturoznawcą. Dopiero po anglistyce rozpoczął uzupełniające studia z psychologii (a więc zgodnie z modelem, który w Europie nazywamy bolońskim), doktorat zaś obronił z… botaniki. Nie był lekarzem, nie był fizjologiem, nie był nawet neurobiologiem. Jednak dzięki badaniom nad rozdzielonymi półkulami mózgu wniósł wielki wkład do światowej medycyny.

Uczestniczenie w społeczności idei. Współcześnie zacieśnianie znajomości z osobami o podobnych zainteresowaniach nazywane bywa networkingiem. Termin ten jednak ma konotacje biznesowe – jak gdyby chodziło jedynie o zapewnienie sobie miękkiego lądowania na wypadek utraty pracy. Bo w razie czego, to ktoś coś komuś szepnie. Społeczność idei jest natomiast czymś znacznie szerszym. Łączy osoby o podobnych zainteresowaniach, zaś tym, których poza pasją łączy podobna wizja świata pozwala na większą integrację choćby po to, by uczynić coś wspólnie. To droga do osiągania efektu synergii, o którym tak często pisze się dziś w podręcznikach zarządzania. Społeczność idei może mieć różnorodne formy. Od cyklicznych spotkań zapoznawczych, przez otwarte debaty do prelekcji, konferencji i spotkań branżowych.

Promowanie z modelu bolońskiego, który odpowiada na wyzwania tak szybko zmieniających się czasów. Nie chodzi tyle o łączenie w strukturę 3+2 dyscyplin całkiem sobie obcych, ale by poszerzyć zdobytą w ramach pierwszego stopnia bazę o nową pokrewną dziedzinę, umożliwiającą większą konkurencyjność na rynku pracy. Modelem jeszcze bardziej złożonym (i stanowiącym doskonałą propozycję dla szczególnie ambitnych) jest połączenie studiów II stopnia ze studiami podyplomowymi. Byłoby jednak rozwiązaniem lepszym rozłożenie programu podyplomowego trwającego zazwyczaj dwa semestry na trzy, by pogodzenie realizowanych równolegle kierunków możliwe było bez uszczerbku dla jednego lub drugiego. W przypadku dwusemestralnych studiów podyplomowych właściwym rozwiązaniem wydaje się przeprowadzenie części zajęć drogą online. E-learning wymaga jednak szczególnej weryfikacji przekazywanej w jego ramach wiedzy, istnieje bowiem spore niebezpieczeństwo, że zajęcia w tej formie słuchacz potraktuje z mniejszą troską aniżeli spotkania bezpośrednie.

Lektoraty idące z duchem czasu. Postulat ten dotyczy każdego ich wymiaru. Poczynając od podręczników przez metody aż do dydaktyki sprofilowanej pod kątem słuchaczy. Podręczniki uczące form archaicznych angielszczyzny muszą odejść do lamusa. I nie jest to tylko czcza gadanina. W wydawanych obecnie książkach spotkać wciąż można operator czasu przyszłego dla pierwszej osoby liczby pojedynczej – w wersji shall, które w języku współczesnym raczej zyskało znaczenie obowiązku/powinności. Metody pracy należy absolutnie ukierunkować na komunikację. Nauka reguł gramatycznych i rozwiązywanie zadań tekstowych to dla osób potrzebujących języka do skutecznego porozumiewania się na wakacjach czy w biznesie zupełne marnotrawstwo ich czasu, pieniędzy i uwagi. Profilowanie zaś dotyczyć powinno konkretnych obszarów studiowania. Osoby studiujące zarządzanie, dobrze, aby uczyły się także języka globalnego biznesu, studenci psychologii – języka współczesnych nauk o ludzkiej psychice, poznaniu i anatomii, prawnicy – terminologii jurystycznej etc. To żadne odkrycie, wiem. Dlaczego więc stanowi ciągle taką rzadkość?

Odczarowanie metodologii badań. Kursy z tego zakresu zwano (zwie się?) niekiedy propedeutyką, wprowadzeniem, wstępem, metodologią, metodami itd. Nie w nazwie problem (choć ona także ma swoje psychologiczne znaczenie), lecz w odczarowaniu i upraktycznieniu tego typu zajęć. Nie muszą być przecież synonimem nudy, którą trzeba odbębnić. Mogą stać się obcowaniem z fachowcem, który podzieli się preferowanymi przez siebie podejściami do eksplorowania konkretnej dziedziny, ukazując równolegle inne możliwe podejścia. I co ważne, to przekazywanie wiedzy nie będzie miało charakteru suchej wyliczanki, lecz operowania na konkretnych, zapadających w pamięć przykładach – czyli albo tzw. z życia wziętych, albo barwnych na tyle, by można je było wspominać na zjazdach absolwenckich nawet za kilka dekad.

Co do zawodów przyszłości, nie sposób ignorować przewidywań, które najczęściej konstruuje się w oparciu o już zauważalne trendy, nie zaś wyobraźnię samych prognostów. Należy jednak podchodzić do projektowania oferty kształcenia z odpowiednią ostrożnością, by przypadkiem zbyt pospiesznie nie utworzyć kierunku (przyszłości), które ni z tego ni z owego nijak się będzie miał do rzeczywistości. Stąd doskonałym wyjściem są nowatorskie specjalizacje. Jak nowe rośliny – jeśli wyrosną na żyznym podłożu, to doskonale. Jeśli nie, podłoże pozostanie bez zmian i będzie można na nim siać dalej. Przykładem jest kierunek studiów zarządzanie, w ramach którego można proponować różnorodne specjalności od rachunkowości przez human resources, a na psychologii biznesu kończąc. Oczywiście wymienione specjalności nie należą do egzotyki, mają pokazać jedynie szerokie spektrum możliwości.

Na wzór amerykańskich uczelni, warto wprowadzać dla studentów wszystkich kierunków albo zajęcia z zakresu rozwoju psychologicznego człowieka, albo też nieodpłatną pomoc/doradztwo psychologiczne. Wobec wyzwań, przed jakimi stajemy co dnia oraz natłoku bombardujących nasze zmysły informacji, poznanie podstawowych zasad zdrowia psychicznego oraz technik radzenia sobie z przeciwnościami znacznie łatwiej zadbać o zrównoważony rozwój.

Zagrożeniem przy projektowaniu nowoczesnych kierunków jest nie tyle tworzenie propozycji obco brzmiących, co pozbawionych swoich zagranicznych ekwiwalentów. Egzotyczną nazwę bardzo łatwo wymyślić. Inżynierską – bardzo proszę: interferential engineering, humanistyczną – cognitive literature art. Nie znaczą nic. Nie oznacza to absolutnie, że nie możemy być pionierami nowej dziedziny. Możemy. Ale tworzenie rozpoczyna się od doświadczenia, nie od sloganu. Studia to nie marketing fasady. Studiom musi towarzyszyć marketing jakości.

Jeśli mówimy o roli tutorskiej, jaką powinien pełnić współczesny nauczyciel akademicki, to trzeba dodać, że możliwości co do zaangażowania, wykraczającego poza ramy dydaktyki, w dużej mierze zależą od konieczności dorabiania przez wykładowcę w innych ośrodkach. Nie sposób wymagać od nauczyciela akademickiego, by poświęcił się bez reszty jednemu etatowi, za który otrzymuje pensję znacząco niższą od średniej krajowej, a tak zarabiają w Polsce adiunkci w stopniu doktora. Trudno także od niego oczekiwać (a spotyka się takie przypadki), by w ramach tego samego etatu (tak nisko opłacanego) dodatkowo pro bono przepracowywał kilkadziesiąt godzin tygodniowo, wykonując obowiązki pracowników dziekanatu, działów planowania czy kwestury. Taki nauczyciel akademicki nie ma wówczas czasu (ani energii), by rozwijać naukę, a do tego przecież na równi z dydaktyką, jest powołany.

Z tym ostatnim wiąże się także zjawisko asymetrii informacji. Zanim odniosę się do przykładu akademii, krótko wspomnę o tej teorii. Została ona opracowana przez George’a Akerlofa, noblistę w dziedzinie ekonomii z 2001 r. Akerlof teorię asymetrii informacji opisał na przykładzie rynku aut używanych. Mówiąc w dużym skrócie, doszedł do następującego wniosku: jeśli jedna ze stron współtworzących dany rynek ma świadomość połowicznej uczciwości strony świadczącej usługę, to przestaje oczekiwać produktów dobrej jakości i nie chce za kupowany towar czy usługę dużo płacić. Siłą prowadzącą w tym przypadku do degeneracji rynku jest brak zaufania, wywiedziony z braku przejrzystości ze strony sprzedawcy.

Gdyby odnieść się do systemu uczelnianego – jeśli pracownicy n

aukowo-dydaktyczni mają poczucie niepewności co do ich najbliższej zawodowej przyszłości oraz, co gorsza, wobec intencji po

dejmowanych przez ich zwierzchników decyzji, motywacja do pracy w sposób oczywisty będzie malała, a pragnienie znalezienia miejsca zatrudnienia stanie się zasadniczym impulsem wiodącym do zmian. Podobnie rzecz się ma, gdy mowa o relacji uczelnia-studenci. Jeśli uczelniana machina zrezygnuje z podmiotowego traktowania studentów oraz z czysto ludzkiej uczciwości, mamiąc kandydatów obietnicami bez pokrycia, prędzej czy później odbije się to rykoszetem. Najnowsza historia obfituje w przykłady zawalenia się pozornie niewzruszonych systemów z powodów na pierwszy rzut oka błahych. Tylko że błahe powody zebrane jeden do jednego, mogą stworzyć falę potężną jak tsunami, która zmiecie z powierzchni odcięte od rzeczywistości piętra.

Współpraca uczelni z otoczeniem biznesowym. To jeden z priorytetów szkół nastawionych na kształcenie praktyczne. Nie jest to jednak zadanie łatwe. Stawki, jakie doświadczonym uczestnikom (a tym bardziej kreatorom) rynku, może zaproponować uczelnia są na tyle niekonkurencyjne, że tym, co profesjonalnych praktyków może do nich przyciągać, jest prestiż statusu wykładowcy akademickiego. Wbrew pozorom nie jest to zachęta słaba. Możliwość dopisania funkcji „wykładowca akademicki” do stopki mailowej, wizytówki czy statusu na portalu społecznościowym stanowi istotne wsparcie kreowanego wizerunku. Trzeba jednak dodać, że oczekiwanie od przedsiębiorstw, że zdradzą tzw. swoje know-how zdobywającym u nich szlify studentom, jest dużą naiwnością. Naiwnością jest także oczekiwanie, że otoczenie biznesowe niemające szerszego pojęcia o specyfice rzeczywistości uczelnianej, przedłoży całościowe propozycje kształcenia odpowiadającego niezbędnym na rynku kompetencjom. Współpraca z przedsiębiorstwami partn

erskimi musi być więc w sposób przemyślany koordynowana przez oddelegowaną do tego z ramienia uczelni jednostkę. Z doświadczenia wiem, że nie warto fatygować biznesmenów na nic nie wnoszące warsztaty, dające ułudę synergicznego wypracowywania rozwiązań na przyszłość. Zamiast udawania, że tworzy się coś wielkiego, lepiej stworzyć warunki przepływu idei. Bo o idee tutaj chodzi. O idee płynące z rynku i mogące zostać przełożone na grunt kształcenia akademickiego. Warunki współpracy z biznesem należy precyzyjnie uzgodnić, a następnie zadbać o jak najlepszy przepływ informacji z obu stron. Podejście do współpracy z biznesem musi być realistyczne. Realizm wspomaga rzetelność. A tylko rzetelna propozycja może obronić się jako komponent strategii marketingowych.

Nowatorstwo budowane na fundamencie tradycji, poszerzanie horyzontów, by być świadomym uczestnikiem życia w społeczeństwie i kulturze, poznawanie swojej dziedziny nie tylko w praktyce, ale również w zakresie niezbędnej do budowania poczucia tożsamości – teorii, wyposażanie studentów narzędzia efektywnego radzenia sobie z trudnościami, dokonywania selekcji informacji, tworzenie uczciwych relacji uczelnia – wykładowcy – studenci ze świadomością sprzężenia zwrotnego, jakie występuje w tej triadzie, dążenie do ciągłego rozwoju – w jego niezliczonych przejawach, pozwalające nadążyć za zmieniającym się światem – to moja krótka recepta na studia idealne. Platon powątpiewałby w możliwość zaistnienia ideału w rzeczywistości, która jest co najwyżej odbiciem tego, co doskonałe i nieosiągalne. Ale jednocześnie zaleciłby wytrwałą pracę nad zbliżaniem się do niego. Co daje nadzieje i motywuje do wytrwałych działań.

 

Comments are closed.