Obłęd Transakcyjny?

Obłęd Transakcyjny?

„Gry są przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Najczęściej powielaną grę można śledzić obserwując rodziców
 i dziadków danego człowieka, a następnie jego dzieci.
Wychowanie dzieci polega przede wszystkim
na nauczeniu ich, w które gry należy grać.
Różne kultury i społeczeństwa preferują różne typy gier.”

– Eric Berne –

„Ja jestem OK – Ty jesteś OK” to jeden z najbardziej popularnych sloganów w treningach komunikacji, asertywności czy relacji interpersonalnych. Wypreparowany z gruntu, na którym wyrósł, sam w sobie pozostaje filozofią pozytywnego nastawienia do świata, bazującą na zdrowym, świadomym postrzeganiu siebie i innych.  Gruntem teoretycznym, którego hasło to stało się wizytówką, jest Analiza Transakcyjna – relatywnie mało eksponowany nurt wsparcia psychologicznego, który największą popularność ma już za sobą. Jego założenia – przyjęte literalnie, mogą jednak tę pozytywną wizję natury ludzkiej, zamienić w koszmar podejrzliwości.

„Ja jestem OK – Ty jesteś OK” osadzone w kontekście Analizy Transakcyjnej (AT) staje się postulatem w sobie sprzecznym. Z jednej bowiem strony za najbardziej pożądaną postawę uważa się tę wspomnianą, głoszącą, że zdrowe postrzeganie siebie jest nierozłącznie związane z postrzeganiem innych jako potencjalnie fair wobec nas. Z drugiej jednak strony obraz świata kreślony przez AT, jest rzeczywistością przepojoną grami, które mamy za zadanie wytrwale tropić, jeśli nie chcemy być manipulowani, pragniemy osiągać sukcesy i wprowadzać w praktykę najlepsze strategie komunikacji. Przypada nam więc do odegrania rola schizofreniczna – zakładać, że inni są OK i zarazem podejrzewać ich o nieczyste intencje.

Pop-psychologia

Zainicjowana przed blisko pięćdziesięciu laty Analiza Transakcyjna – dzieło Erica Berne’a, psychiatry o polsko-żydowskich korzeniach – jawiła się początkowo jako powiew świeżości na łonie psychologii ciągle naznaczonej arbitralnością psychoanalizy. Mimo że AT wydawała się swoistą „psychoanalizą light”, dostrzegano w niej nadzieję na zaprezentowanie bardziej optymistycznej wizji natury ludzkiej oraz na lepszą transpozycję psychologii na grunt codziennego życia.

Szybko okazało się jednak, że nadzieje te rozmijają się z rzeczywistością. AT pokazała swą dogmatyczną twarz, będącą uproszczoną kategoryzacją ludzkich postaw i relacji. Dogmatyzm polegający na wierze w prawdziwość danego konstruktu bez jego weryfikacji lub (co gorsza) przy niemożności jej dokonania, staje się czymś, co eufemistycznie można określić pop-nauką. Dlatego dość wcześnie Analiza zyskała miano pop-psychologii, a nawet dziedziny pokrewnej swoim duchem sekciarskim ruchom z gatunku New Age. Podobnie jak neurolingwistyczne programowanie czy podejście Berta Hellingera, AT zaprzęgła do legitymizacji swoich założeń – brzmiący fachowo aparat pojęciowy, będący w rzeczywistości pretensjonalną próbą stwarzania pozorów. Mowa w niej o transakcjach, schematach, agensach, skryptach etc.

Twórcy Analizy Transakcyjnej powzięli ambitny cel holistycznego opisania psychologii człowieka na czterech poziomach: strukturalnym (osobowości), transakcyjnym (komunikacji), gier (nieujawnionych intencji), skryptów (realizacji scenariuszy nie do końca uświadomionych). Człowiek wpisany w ten kwadrat nie przypomina ideału człowieka witruwiańskiego. Jest raczej więźniem poddawanym ze wszystkich stron interpretacji (analizie), przed którą nie ma ucieczki. Dezercja oznacza niedojrzałość, czyli bycie dzieckiem. Próba pobłażliwego potraktowania jarzma, które się nań nakłada, staje się domeną wiedzącego lepiej rodzica. Jedynie akceptacja zniewalających konstruktów AT równa się godności dorosłego.

Duch Zygmunta Freuda

W Analizie Transakcyjnej wymienia się trzy rodzaje schematów zachowania, zwanych czasem poziomami: Ja-dziecko, Ja-dorosły oraz Ja-rodzic. Spośród nich za najwłaściwszy uznaje się drugi z wymienionych. Zastanawiając się nad powiązaniem wszystkich trzech poziomów, można dojść do konkluzji, że brakuje tu wewnętrznej spójności. Gdyby bowiem oparto je na cyklu rozwojowym człowieka, mielibyśmy do czynienia z: dzieckiem, dorosłym oraz starcem. Gdyby zaś trzymać się linii ról społecznych (rodzinnych), byliby to: dziecko, rodzic, dziadek. Rodzic – stanowi funkcję. Dziecko i dorosły to fazy rozwoju (ta druga jest bardzo ogólna, ponieważ dorosłość można potraktować jako ciągłą antytezę dzieciństwa i młodości).

Co interesujące, w poziomach tych odnajdujemy wyraźnie echo trójpodziału psychiki ludzkiej występujące w klasycznej psychoanalizie. Id to odpowiednik rozkapryszonego dziecka, ego to prawdziwe ja (dorosły), superego to strażnik moralności (rodzic). To nie jedyne analogie (czy kopie) do psychoanalizy. Podobnie bowiem jak w koncepcji Freuda, człowiek w ujęciu AT jest kukiełką w świecie dziedziczonych skryptów – wzorców zachowań (zwykle destrukcyjnych), które, choć często nieuświadomione, mogą być przekazywane na przestrzeni wielu pokoleń. Wydaje się, że dopełnieniem teorii skryptów, podobnym do niej w swej logice, byłoby hellingerowskie pole morfogenetyczne, w ramach którego można by rozmówić się z praprzodkami, którzy sprezentowali nam tak niewdzięczny los.

Ku osobowości paranoicznej

W AT wyróżnia się różne typy transakcji, zachodzące między wspomnianymi poziomami – dziecka, dorosłego i rodzica. Przykładem niesymetrycznej relacji jest na przykład stosunek roli dziecka wobec dorosłego, rodzica wobec dziecka czy dorosłego wobec rodzica itp. Najbardziej jednak zaskakująca jest transakcja zwana ukrytą. Tłumaczy się ją jako przejawianie przez człowieka dwóch stanów Ja – odwołujących się do dwóch stanów… innego Ja. Subodmiana tej transakcji, zwana podwójnie ukrytą, mówi już o czterech stanach Ja. Mamy zatem do czynienia z wielogłosem – takim, jaki napotkać można u pacjentów z zaburzeniami psychotycznymi czy schizofrenią. Rzecz brzmiałaby komicznie, gdyby nie fakt, że każda ludzka aktywność pozostawia odwzorowanie w architekturze mózgu. Im częściej powtarzana, tym mocniej w nim się zaznacza. Im bardziej utrwalone przekonanie o wielogłosie osobowościowym, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia objawów quasi-psychotycznych. Według DSM-IV (podobnie jak w ICD-10) do kryteriów diagnostycznych osobowości paranoicznej należą: „pozbawiona wystarczających podstaw podejrzliwość, że inni nas oszukują, zaabsorbowanie bezpodstawnymi wątpliwościami co do lojalności przyjaciół lub wspólników i co do tego, czy są oni godni zaufania, niechęć do zwierzania się innym, spowodowana nieuzasadnionym lękiem, że informacje te zostaną użyte przeciw nam w złych intencjach, odczytywanie ukrytych rzekomo zdarzeń, powtarzające się nieusprawiedliwione podejrzenia dotyczące wierności współmałżonka lub partnera seksualnego”. Wszystko to brzmi niczym konsekwencja permanentnego identyfikowania gier i analizowania doświadczanych transakcji oraz poziomów JA, wraz z jego wielością.

Analitycy Transakcyjni mają przy tym własne narzędzie do diagnozy stanów Ja (i pomiaru ich mnogości), zwane egogramem. Dzięki niemu możemy dowiedzieć się, jak wiele w nas tkwi różnych osobowości. A zatem – jak głęboko jesteśmy zaburzeni. Bo od tego, że tacy jesteśmy, w koncepcji AT nie widać odwrotu. Jest to zatem redukcjonistyczna wizja człowieka, o którego błędach – analitycy – mówią jako o „zepsuciu”. Człowiek zaś podejmujący „grę” (w rozumieniu AT) przestaje być człowiekiem, lecz staje się „zepsutym” agensem.

Homoseksualizm to tylko… skrypt

Wizja człowieka, jaką zarysowali pionierzy AT, nie tylko była wizją pesymistyczną, ale również zwróconą ku magicznemu myśleniu właściwemu raczej kultom, aniżeli medycynie, którą studiował Berne. Przykładem jest podejście do homoseksualizmu, alkoholizmu czy autyzmu – uznawane za skutki złych skryptów, popartych przekonaniem „Ja nie jestem OK – ty nie jesteś OK”. Nie tylko medycyna, ale również neurobiologia nie cieszy się w AT uznaniem. Antonio Damasio w dziele „Tajemnice świadomości” przekonywał o niemożności zidentyfikowania przez człowieka przyczyn niektórych jego stanów, które aż proszą się o poszukanie genezy w ostatnich doświadczeniach. Często za tym, co czujemy, stoi chaotyczne wyładowanie elektryczne w głębinach naszego mózgu, niekiedy zwykły „wypadek przy pracy” połączeń nerwowych. W tym kontekście doszukiwanie się w każdym zachowaniu celowości (i premedytacji) zakrawa i na ignorancję, i na obłęd.

W ostatnich latach, praktycy AT podejmują rozpaczliwe próby uwiarygodnienia swoich teorii. Ze zgrozą możemy przeczytać na stronie analizatransakcyjna.pl: „W Mexico City na próbie 830 kobiet przeprowadzone zostało badanie epidemiologiczne oparte na teorii analizy transakcyjnej”. Tym samym teoria AT wykracza ze świata psychologii, do którego wciąż aspiruje, zwracając się ku medycynie, której drzwi pozostają dla niej zamknięte.

Jedna z trzech najważniejszych szkół AT (zgodnie z podziałem zaproponowanym przez wortal analizatransakcyjna.pl) opiera się na koncepcji reparentingu – jednej z najbardziej kontrowersyjnych i szalonych metod, jakie kiedykolwiek wykształciły się na łonie XX-wiecznej pomocy psychologicznej. Ni mniej, ni więcej, jest to terapia zakładająca konieczność przeniesienia się pacjenta do okresu wczesnego dzieciństwa. W czasie sesji do zadań terapeuty (dobrego rodzica) należy m.in. bawienie się z pacjentem grzechotką (np. z 50-letnim mężczyzną), tulenie go do snu, czy… zmienianie pieluchy. Kontrowersje i poziom szkodliwości społecznej, jaki niosła ze sobą AT w tej wersji skłonił nawet władze stanu Wirginia do wydania w 1971 r. zakazu praktykowania reparentingu na jego terenie.

Terapeuta Alan Jacobs w artykule „Najbardziej niebezpieczna metoda”, porównuje praktyki stosowane w tej szkole, do doktrynerstwa wywiedzionego z autorytarnej filozofii Trzeciej Rzeszy.

Kościoły i wyznawcy

Obecnie wyróżnia się wiele odłamów AT – podobnie jak na łonie 3 fali terapii poznawczo-behawioralnej. Sęk jednak w tym, że odłamy tej ostatniej bazują na sprawdzalnej koncepcji uczenia się, te pierwsze natomiast zasadzają się na tworze wyobrażonym, na dodatek wykluczającym wobec wielu ludzkich słabości i antyintelektualnie redukcjonistycznym. Co ciekawe, poszczególne odłamy AT stają zamkniętymi enklawami wyznawców konkretnego podejścia – mamy więc wyznawców Steinera, wyznawców Hay, wyznawców Hergadena, wyznawców Schiffsów (reparenting), wyznawcy Mountain czy Davidsona.

Jako że twórcy Analizy Transakcyjnej nigdy nie stali się globalnymi autorytetami w świecie psychologii, przedstawiciele tej metody sięgają po nazwiska gigantów nauki np. Carla Gustava Junga, wtłaczając jego refleksje na temat wpływu treści nieświadomych na życie człowieka, w ramy swoich teorii (podobnie jak w NLP sięga się po Chomsky’ego czy Bandurę, niemających z tym nurtem nic wspólnego).

Argumenty praktyków AT, jakoby wielość jej odmian dawała szansę przyjęcia orientacji innej, niż ta, którą przed dekady głosili twórcy tego nurtu, działa przewrotnie na niekorzyść argumentujących. Ukazuje bowiem AT – nie jako wart zgłębiania obszar, lecz rozparcelowane pole, pełne ugorów, chwastów i niewielkiej ilości kwitnących roślin. W dodatku, aby dowiedzieć się, ile tych roślin dokładnie jest, tj. poznać liczbę członków Międzynarodowego Stowarzyszenia Analizy Transakcyjnej należy… uiścić stosowną opłatę.

W kleszczach interpretacji

Nie mogę zakończyć tych rozważań, nie wspominając, że wielu praktyków AT ma z pewnością dobre intencje. Trudno wyobrazić sobie kilka tysięcy osób owładniętych pragnieniem demaskacji nieczystych zamiarów innych osób i tajemniczych, niewidzialnych konstelacji społecznych. Wiem (bo sam znam przedstawicieli AT), że są to często osoby wysoko wykwalifikowane, o otwartych umysłach, łączące wiele różnych technik, nie tylko ze swego wiodącego nurtu. Im więcej w tym przypadku eklektyzmu, tym lepiej.

Gdyby poszukać w AT tego, co wartościowe, należałoby odsiać część rdzennych założeń i rozbudowany korpus gier, pozostawiając jedynie skrawek (co prawda nielogicznych) ról dziecka, dorosłego i rodzica oraz czterech postaw wobec innych (Ja Ok – Ty OK, itd.). Na tej bazie można budować interesujące, krótkoterminowe warsztaty komunikacji. Ciężko jednak wyobrazić sobie kilkuset godzinne czy wieloletnie szkolenia w zakresie AT. W kontekście kryteriów diagnostycznych DSM i ICD perspektywa taka nabiera dodatkowego znaczenia.

Analiza transakcyjna stanowi atrakcyjne opakowanie (pop) założeń psychoanalizy, z którymi doskonale poradzili sobie twórcy i kontynuatorzy nurtu psychodynamicznego oraz psychologii indywidualnej A. Adlera. Obecny kształt terapii psychodynamicznej i adlerowskiego counsellingu, dostosowujących się do zmieniających się realiów (formy krótkoterminowe, o których jeszcze pod koniec XX wieku nie mogło być mowy) i podążających za odkryciami nauk społecznych i medycznych, wydają się być trafną reinterpretacją źródeł obu tych podejść. Odłożenie na bok fantastycznych narracji o siłach destrukcji i miłości, trzech stanach psychiki czy pragnieniu zamordowania ojca przez kilkuletnie dziecko, to dowód na zdolność odżegnania się od pozbawionych zdolności falsyfikacji zmyślonych konstruktów.

Znajdując się w polu rażenia AT – znajdujemy się w kleszczach. Z jednej strony stajemy się obiektem analizy, która może wypaść dla nas niezadowalająco (albowiem wbrew temu, co sami twierdzimy, być może uprawiamy „paranoidalne, analne czy masochistyczne gry”). Z drugiej my sami – nałożywszy na swoje spojrzenie filtr, jaki proponuje AT, stajemy się detektywami ukrytych gier, stanów i transakcji. Nadmierna podejrzliwość to jedno z kluczowych kryteriów diagnostycznych osobowości paranoicznej. Tym sposobem – uznani za paranoików, szukamy innych paranoików, znajdując się w nieodwracalnym trybie błędnego koła. W obłędzie transakcji.

 

Comments are closed.